Leśna Ustroń

Górka Magnetyczna

Około 10 km od Tuczna znajduje się miejsce niezwykłe, tajemnicze, warte zobaczenia na własne oczy. Tu samochód z wyłączonym silnikiem samodzielnie wtacza się pod górkę, woda wylana na asfalt płynie pod górkę, tak też toczy się butelka napełniona wodą. Różnorakie badania nie dały zdecydowanego wyjaśnienia tego zjawiska.

Tak opowiada o tym legenda: 

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie było tu drogi, tylko piękny las porastał całe wzgórze, ludzie z okolicznych wsi w noc świętojańską wyprawiali się nie po kwiat paproci, ale na poszukiwanie wejścia do podziemnego skarbca, który podobno właśnie w tę noc otwierał swe wrota. Kto trafił na otwarty gościnnie skarbiec, mógł brać złota, srebra i klejnotów tyle, ile udźwignął. Nie zdarzało się to jednak zbyt często – zaledwie raz na kilkadziesiąt lat komuś udawało się zdobyć skarby. Pewnej nocy świętojańskiej, jak co roku, wielu poszukiwaczy szczęścia ruszyło do lasu. Każdy miał nadzieję, że to on właśnie znajdzie skarb. Była wśród nich pewna wdowa – Elżbieta, która po śmierci męża została sama z dwuletnim dzieckiem. Bieda codziennie zaglądała jej w oczy, dlatego znalezienie skarbu wydawało się jedynym ratunkiem. Szukała więc wejścia do podziemia, jakby chodziło o życie. Gdyby wiedziała, jak te poszukiwania się skończą... Mijała właśnie północ, gdy wśród zarośli Elżbieta zauważyła złocisty błysk. Szybko, mimo że na rękach trzymała śpiące już dziecko, rzuciła się w tamtym kierunku. Znalazła! To było właśnie wejście do skarbca. Uchylone rzeźbione wrota, obrośnięte mchem, zapraszały do środka. Wdowa wstrzymała oddech – to było jak w bajce! Złote i srebrne monety, pierścienie, naszyjniki, bransolety, sztabki złota, sznury pereł – wszystko błyszczało i migotało w świetle, które w tajemniczy sposób wypełniało piwniczkę. Wdowa weszła ostrożnie do środka, położyła śpiące dziecko na najbliższej skrzyni ze srebrem i zaczęła zbierać kosztowności. Zawieszała na szyi złote łańcuchy i sznury pereł, zakładała bransolety, do kieszeni zapaski wsypywała monety. Obudzona nagle chciwość podpowiadała: jeszcze! jeszcze! Może jeszcze zdołam udźwignąć... Pochwyciła złoty dzban i napełniła go klejnotami. Zrobił się tak ciężki, że ledwo go trzymała. Zachłanność dodała jej jednak sił i pobiegła do domu, dźwigając zdobycz. W izbie kolejno wykładała przyniesione kosztowności, śmiejąc się i płacząc ze szczęścia. Nagle zamarła w bezruchu, bo dotarło do niej, że jej jedyne ukochane dziecko zostało w piwniczce ze skarbami, a wrota zamknąć się miały o świcie! Biegiem rzuciła się w kierunku lasu z podziemnym skarbem. Niestety, nie łatwo odnaleźć nocą w lesie drogę do miejsca, w którym było się tylko raz. Rozpacz wdowy była przeogromna, jej płacz rozlegał się po całym lesie. Przebiegła go wszerz i wzdłuż, jednak dzień nadszedł, a nie zdołała ponownie trafić do skarbca. Zrozpaczona, błąkała się jeszcze tak kilka tygodni, nawoływała synka, nasłuchiwała, czy nie odezwie się gdzieś jego głosik. Prosiła drzewa i ptaki leśne o pomoc. Niestety, las pozostał nieczuły na jej błagania... Może nie umiała odczytać znaków, którymi do niej przemawiał? W końcu Elżbieta wróciła do wsi, tak odmieniona, że nikt jej nie poznał – przybyło jej ze 30 lat, posiwiały włosy, oczy wyblakły od płaczu. Weszła do domu, gdzie czekały na nią skarby, przyniesione w tę nieszczęsną świętojańską noc. Popatrzyła na złoto i klejnoty z nienawiścią i szepnęła: bodaj bym was nigdy nie znalazła! Odepchnęła od siebie dzban wypełniony precjozami. Posypały się na podłogę pierścienie, łańcuchy, brosze, a zrozpaczonej kobiecie wydawało się, że w ich brzęczeniu słyszy szyderczy śmiech. Przyniosła worek, w który jesienią zbiera- ła kartofle i wrzuciła do niego cały znaleziony skarb. Nie chciała już tego złota, stało się jej bardziej nienawistne, niż kiedyś bieda. Elżbieta zastygła niemal w rozpaczy, ale na dnie jej serca żyła mimo to nadzieja – a może jest jakaś, choćby najmniejsza szansa, aby odzyskać dziecko? Chodziła co dzień do lasu, była już niemal pewna, że skarbiec znajduje się pod niewielką górką. Wrota pozostawały jednak wciąż niewidoczne. Któregoś dnia przyszła jej do głowy myśl – może podziemny, zaczarowany skarbiec zechce oddać jej dziecko, jeśli ona zwróci zabrane kosztowności? Ożywiona tą nadzieją oczekiwała nocy świętojańskiej, by znowu odszukać to miejsce, które jej wraz ze skarbem ofiarowało tyle bólu. Mijały miesiące, w sercu kobiety walczyły rozpacz i nadzieja, zwątpienie i oczekiwanie. Wreszcie nadeszła noc świętojańska i Elżbieta ruszyła w las, niosąc na plecach worek ze skarbem. Krążyła między drzewami, zaglądała w każde zarośla, nigdzie nie było jednak widać wejścia. Wreszcie, gdy już niemal gasła ostatnia nadzieja, znowu między krzakami pojawił się złoty błysk, błysk, który przez cały rok pojawiał się w koszmarach sennych nieszczęsnej matki. Elżbieta wbiegła do środka skarbca, tym razem jednak nie patrzyła na złoto, nie widziała przepięknych klejnotów. Jej oczy szukały tylko dziecka lub jego ciałka. Nagle wdowa aż padła na kolana – dziecko żyło! Leżało dokładnie tam, gdzie je położyła – na skrzyni ze srebrem. Wyglądało dokładnie tak, jak przed rokiem, jakby się w tym podziemnym skarbcu zatrzymał czas. Właśnie się zbudziło i uśmiechnęło na widok matki! Szczęście wdowy nie miało granic. Rzuciła worek na środek skarbca, chwyciła dziecko na ręce, przytuliła do siebie i ostatni raz spojrzawszy na połyskujące złotem kosztowności, powiedziała donośnym głosem: „Przeklęte skarby, obyście się w żelazo przemieniły i już nikomu nieszczęścia nie przyniosły!” Po czym szybko, nie oglądając się za siebie, wróciła do wsi. Wkrótce wszystko wróciło do normalnego stanu i wdowie powoli zaczęło się wydawać, że to był tylko koszmarny sen. Czasami tylko, gdy szła do lasu zbierać chrust, nogi same niosły ją na tę czarodziejską górkę, gdzie straciła i odzyskała dziecko. Któregoś dnia zauważyła, że na ścieżce, którą wydeptała w pobliżu skarbca, niechcący wylana przez dziecko woda popłynęła strumyczkiem pod górę, zanim wsiąkła w ziemię. Od tego czasu minęło wiele, wiele lat i nikt już nie szuka skarbu, tylko woda na tej czarodziejskiej górce, zwanej też magnetyczną, nadal płynie pod górę...

Walka o krzyż

Krzysztof Tuczyński miał wiele na sumieniu – zajazdy, pojedynki, nawet zastrzelenie szlachcica Gronowskiego. Całymi latami toczył też walki z protestantami, za cel swego życia postawił bowiem przywrócenie katolicyzmu w Tucznie i wszystkich swoich włościach. Do legendy przeszły wydarzenie w Mielęcinie. We wsi tej, w latach reformacji kościół katolicki z całym niemal wyposażeniem przejęła gmina luterańska. O wydarzeniach tamtych lat wspomina legenda o Skrzatuskiej Piecie, która się właśnie z Mielęcina wywodzi. Po latach Tuczyński postanowił zabrać z niegdyś katolickiego kościoła cenny srebrny krzyż, uznając, że nie należy się on luteranom. Ci sprzeciwili się temu: – Krzyż nasz jest, grzech to z kościoła co zabierać! Nie pamiętali najwyraźniej, jak sami potraktowali ten kościół niegdyś… Jeśli myśleli, że ich protesty przekonają Tuczyńskiego, grubo się mylili. Gdy tylko o sprzeciwie usłyszał, zawołał swych zbrojnych: – Duchem mi do Mielęcina jechać! Krzyż ów zabrać i przewieźć go pod eskortą na zamek. Niech jeno te chłopskie syny przeciwić się próbują, wypłazować zaraz! Niech wiedzą, kto tu panem! Tak też i się stało, lecz to był jedynie początek wojny. Za protestantami ujęła się Dorota Tuczyńska, która sama tegoż wyznania była. Najechała wraz z Ernestem Wedelskim Tuczno, zdobyła zamek i złupiła go bezlitośnie. W tych działaniach niezwykle pomocni byli protestanci tuczyńscy pod przewodnictwem tamtejszego burmistrza. Tego oczywiście Tuczyński płazem puścić nie mógł. Zebrał siły, odzyskał zamek i protestantyzm tępić zaczął intensywnie. Burmistrz-zdrajca zapłacił głową, pojmany i wraz z kilkoma jeszcze mieszczanami, którzy Dorotę wspierali, skazany na śmierć. Znaczna część mieszkańców dóbr Tuczyńskiego ratując życie, uciekła do Brandenburgii, a ich mienie przeszło na własność Tuczyńskiego. W ten sposób zaczęło się w dobrach Krzysztofa Tuczyńskiego od zatargu o krzyż, a skończyło na dominacji katolicyzmu. W 1602 roku Tuczyński sprowadził z Poznania jezuitów i już pod koniec XVII wieku wszystkie niemal wsie zamieszkiwała ludność wyznania katolickiego.